Lato bez komputera czyli #childhood #unplugged :)!

Categories codzienność

Kiedyś mama/ciocia/babcia wołała na koniec dnia do domu. A my brudni, głodni, czasem zmoknięci, zazwyczaj podrapani i / ale szczęśliwi przedłużaliśmy ten moment powrotu do ostatniej chwili. Zwłaszcza latem, zwłaszcza tym spędzanym u babci na wsi. Dziś nie wiem jak to możliwe, ale zupełnie nie pamiętam, żeby choć przez chwilę przyszło mi do głowy, że jest nudno. Nie było komputera, komórki, żadnej gry, żadnego stukania w klawisze … (moje dzieciństwo było naprawdę, naprawdę dawno temu – pod jego koniec najstarszy nasz kuzyn miał swój pierwszy komputer – jechaliśmy kiedyś 100 km. specjalnie aby obejrzeć to cudo ;)).

Za to było siano, krowy na pastwisku, zapach mleka i koty pałętające się o kostkę kiedy nalewało się im mleko do starych puszek po rybach ustawionych rządkiem przed sienią. Babcia w śliskiej podomce, dziadek na ławeczce przed domem – tej od strony ulicy. Strychy – jeden pełen starych mebli, dokumentów i ubrań, ten na który dziadek zabronił chodzić więc w związku z tym bywaliśmy tam tylko 5 razy dziennie ;). Za to na paluszkach, żeby nas z dołu nie słyszeli. Oczywiście, że słyszeli każdy krok. I ten drugi – z sianem, ogromny. Taki z dziurą pośrodku – też przykrytą sianem – kto tego nie wiedział mógł wylądować w oborze znajdującej się pod nim. Azor który kąsał po kostkach jak się za blisko podeszło – a podejść trzeba było, żeby się drabiną na ten strych dostać. I spacery miedzą pod sam las – ależ on był daleko. A jeszcze dalej, jak trzeba było zanieść pracującym tam dorosłym kompot. W te upalne dni. Ale się szło. Na ostatnie pole. I te wyprawy pod sam las pamiętam najmilej. I te zabawy w stodole, szperanie w podpiwniczeniu gdzie dziadek miał swoje narzędzia, huśtanie się w starej szopie w deszczu – do połowy pod zadaszeniem, do połowy w strumieniach wody. Na zmianę, bo huśtawka jedna, a nas siedmioro…

A jak się szło przez tą naszą ukochaną wieś, to miejscowe chłopaki wołały na całe gardło „pani z miasta, dupa z ciasta!”. Nawet to dziś ze śmiechem wspominam 😉

Wyprawy na górze siana. Albo bez siana, z nogami między szczebelkami. I te grandy … ach te grandy … Orzechy podkradane z sadu Wichty i czereśnie z tego domu przy Ukosówce … Smakowały najlepiej!

I te wieczory – kiedy już upał zelżał i grało się na drodze w badmintona. Czasem nawet z Mamą – niekiedy to był jedyny moment wspólny z rodzicami na cały dzień.

To były TAKIE DNI. Wszystkie!

A dorośli wołali, bo wieczór, bo zimno, bo się ciemno robi. A tak bardzo się nie chciało wracać …

Dziś. Jakże inaczej niż wtedy. Wołać na pole dzieci trzeba. Te miastowe to by mogły z pokojów w ogóle nie wychodzić. Komputer, komórka, pilot … Jak mi żal – nawet moich dzieci, że to dzieciństwo Ich takie inne. Staramy się jak możemy, żeby ani jednego dnia latem nie były w mieście – i co roku nam się to udaje. Ale i wsie już inne. Domy piękne, stodól nie ma, krowy w całej wsi nie zobaczysz. Ani wozu drabiniastego. Nie ma babci w śliskiej podomce, a na ławeczkach przed domami nikt nie siedzi. Nie ma już nawet samych ławeczek.

Poniżej mała próba. Próba na stworzenie Ich własnych wspomnień, związanych z Ich dzieciństwem – które, w co staram się mocno wierzyć – też jest przecież wyjątkowe i wspaniałe. Odmienne niż moje, ale yo moje było przecież tak samo zupełnie inne niż to mojej mamy …

Kliknij TUTAJ aby pobrać plakat 🙂

Inne plakaty do pobrania TUTAJ i TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *